
Dlaczego nie wychodzi? Trenerzy polskiego cheerleadingu od kuchni
Na campie trener nie ma całego sezonu, żeby poznać zawodnika. Czasem ma jeden trening, kilka prób i kilka minut obserwacji, by zrozumieć, czy problem leży w zakresie ruchu, utrwalonym nawyku czy w głowie. Musi zdecydować, czy zawodnik potrzebuje kolejnej próby, innego wyjaśnienia, prostszego ćwiczenia, czy może właśnie powinien się zatrzymać. Pierwszy letni camp Polskiego Związku Sportowego Cheerleadingu pozwolił zajrzeć w tę część pracy szkoleniowca, której podczas zawodów niemal nie widać. Trener nie jest tylko od tego, żeby pokazać, jak wykonać element. Jego właściwa praca zaczyna się wtedy, gdy musi odpowiedzieć na pytanie: dlaczego właśnie temu zawodnikowi ten element nie wychodzi?

Najpierw trzeba nauczyć się zawodnika
Pierwsze zajęcia na campie są dla szkoleniowca niewiadomą. Stoją przed nim zawodnicy z różnych klubów, wychowani w różnych systemach pracy, z innym doświadczeniem, nawykami i możliwościami fizycznymi. Gabriela Owczarek z SKF Fresh Mszczonów przyznaje, że w takich warunkach trudno przygotować szczegółowy plan i później jedynie go realizować.
– „Kiedy wchodzę na pierwsze zajęcia, nie znam tych zawodników, więc dopiero w trakcie pierwszych zajęć poznaję ich. Widzę, jakie mają różne cechy motoryczne, jaką mają siłę, na jaki poziom trudności mogę sobie pozwolić na zajęciach” – mówi.

Dopiero później można zdecydować, w którą stronę poprowadzić trening. Gabriela Owczarek nie chce z góry narzucać grupie czegoś tylko dlatego, że wcześniej zaplanowała taki scenariusz.
– „Jest bardzo dużo obserwacji najpierw i później dopiero na podstawie tego mogę wdrożyć jakiś plan działania” – podkreśla.
Na co dzień trener może poznawać zawodnika miesiącami. Wie, jak reaguje na zmęczenie, jak szybko przyswaja uwagi i przy których elementach pojawiają się problemy. Podczas campu ten proces trzeba skrócić do kilku jednostek treningowych.

Dwa – trzy ruchy mówią jednak bardzo dużo
Karolina Wolak z Wolak Dance Studio pokazuje drugą stronę tej samej pracy. Doświadczenie pozwala bardzo szybko dostrzec pierwsze sygnały.
– „Wystarczy, że po prostu dziecko pokaże dwa, trzy ruchy i trener już wie, na jakim jest poziomie” – mówi.
Kilka ruchów może wystarczyć, by zobaczyć podstawy i techniczne nawyki. Nie wystarczy jednak, by poznać człowieka. A to drugie staje się niezbędne, jeśli trener chce zrobić coś więcej niż powiedzieć, że ruch został wykonany źle.
Karolina Wolak zwraca uwagę, że różnica w sposobie patrzenia szczególnie wyraźna jest podczas zawodów. Rodzic koncentruje się przede wszystkim na własnym dziecku. Kibic może zapamiętać pojedynczą nieudaną próbę. Trener ma przed oczami szerszy obraz.
– „Trener widzi całą grupę” – mówi.

Wie również, że element, który nie wyszedł podczas występu, mógł wcześniej udać się wielokrotnie podczas treningów. Na scenie dochodzą stres i presja. Za krótkim występem stoją miesiące, a czasem lata pracy. Dlatego pojedynczy błąd nie kończy dla trenera analizy. Dopiero ją rozpoczyna.
Najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego?
Dawid Sołtys z Akademii All Stars, który łączy rolę trenera z własną karierą zawodniczą, ujmuje sedno tej pracy w jednym zdaniu.
– „Przede wszystkim trenerzy powinni wiedzieć, dlaczego nie wychodzi, a nie jak to zrobić” – mówi.
Sam wzorzec wykonania jest dziś łatwo dostępny. Jak zauważa Sołtys, zawodnik może zobaczyć element na Instagramie czy TikToku, zatrzymać nagranie i przeanalizować, co powinno zrobić ciało w kolejnych fazach ruchu. Nadal jednak może nie wiedzieć, dlaczego jego własna próba wygląda inaczej.
Właśnie wtedy potrzebny jest ktoś patrzący z zewnątrz.
– „Trener jest od tego, żeby podejść i powiedzieć: ‘twój łokieć ucieka na zewnątrz. Musisz trzymać go blisko ciała’, czego dziecko może nie zauważyć. Nawet nie dziecko. Dorośli zawodnicy mogą tego nie zauważać” – tłumaczy Sołtys.

Zawodnik wykonuje cały element. Trener rozbiera go w głowie na mniejsze części i szuka tej jednej, która zaburza całość. Czasem będzie to ustawienie ręki. Innym razem siła, zakres ruchu albo moment rozpoczęcia ruchu.
Nie zawsze trzeba próbować jeszcze raz
Gabriela Owczarek nie jest zwolenniczką zasady, według której nieudany element należy po prostu wykonywać tak długo, aż w końcu się powiedzie.
– „Bardzo nie lubię takiego podejścia, w którym zawodnikowi coś nie wychodzi, więc będziemy skakać dotąd, aż w końcu wyjdzie” – mówi.
Zamiast kolejnego identycznego powtórzenia woli cofnąć się i poszukać przyczyny. Sprawdzić, czy problem wynika z siły, zakresu ruchu czy przygotowania do danego zadania. Następnie dobrać prostsze ćwiczenia prowadzące do właściwego elementu.

– „Czasami wystarczy to jeszcze raz rozpracować, rozłożyć na czynniki pierwsze i często wytłumaczyć” – dodaje.
Takie podejście ma znaczenie nie tylko techniczne. Kolejne nieudane próby mogą prowadzić do frustracji. Zawodnik zamiast myśleć „jeszcze tego nie potrafię”, zaczyna myśleć „nie umiem tego zrobić”.
Rozłożenie elementu na mniejsze części pozwala przenieść uwagę z porażki na konkretny problem, który można przepracować. Rolą trenera staje się więc nie tylko poprawianie ruchu, ale również takie prowadzenie procesu, żeby zawodnik rozumiał, nad czym właściwie pracuje.

Jednemu wystarczy jedna uwaga, innemu piętnaście prób
Nawet prawidłowo rozpoznany problem nie oznacza, że istnieje jeden sposób jego rozwiązania. Dawid Sołtys obserwuje zawodników, którzy po jednej wskazówce zaczynają stopniowo poprawiać element. Każda kolejna próba jest trochę lepsza.
Są jednak także tacy, u których przez wiele podejść pozornie nic się nie zmienia.
– „Są dzieci, które dostaną tę informację, po tych dziesięciu razach dalej będą robić źle, ale nagle im przeskoczy, bo coś zobaczą, coś innego usłyszą i po nawet piętnastu razach, gdzie nie poprawiły nic, nagle robią idealnie” – mówi.

Sołtys podkreśla, że trzeba wyczuć, czego potrzebuje dana osoba. Jeden zawodnik potrzebuje czasu. Inny innego sposobu wyjaśnienia. Jeszcze inny musi coś zobaczyć albo poczuć we własnym ruchu, zanim wskazówka zacznie działać.
To właśnie tutaj wiedza techniczna spotyka się z umiejętnością pracy z człowiekiem. Nie wystarczy wiedzieć, co powiedzieć. Trzeba jeszcze rozpoznać, jak powiedzieć to właśnie temu zawodnikowi.

Camp nie zastąpi „milionów powtórzeń”
Agata Kostrzyńska z UKS Cheer Otwock Cheer Sharks przypomina jednak, że nawet najlepsza wskazówka nie zastępuje codziennej pracy. Trening klubowy ma zupełnie inny rytm niż kilka intensywnych dni campu.
– „To nie jest tylko tak, że my powiemy jedną uwagę i ona od razu zostanie zapamiętana. Uczenie podstaw to jest wielokrotne, wielokrotne i jeszcze raz wielokrotne powtarzanie tych samych uwag” – mówi.

Zawodnik może wiedzieć, że powinien prawidłowo ustawić stopę. Czym innym jest jednak zrozumienie uwagi, a czym innym wypracowanie nawyku, dzięki któremu ciało będzie wykonywać prawidłowy ruch automatycznie.
– „Zanim zapamięta jego ciało, mijają lata” – podkreśla Kostrzyńska.
Dlatego Kostrzyńska nie traktuje wyjazdu jako zamiennika treningu klubowego. Widzi w nim przede wszystkim możliwość zetknięcia się z innym spojrzeniem.
Camp określa jako „gigantyczną bombę wiedzy od różnych trenerów”. Każdy szkoleniowiec przywozi ze sobą własne doświadczenie i własny sposób tłumaczenia.

Nie chodzi o zmianę podstawowej techniki. Chodzi o świeże spojrzenie. Inny trener może wychwycić detal, który wcześniej umykał, albo nazwać znany problem w sposób, który wreszcie trafi do zawodnika.
Błąd może być starszy niż camp
Karolina Wolak zwraca uwagę na jeszcze jedną trudność. Uczestnicy przyjeżdżają z różnych klubów, a wraz z nimi na sali spotykają się różne podstawy i nawyki.
Pytana o błędy techniczne, nie chce przerzucać odpowiedzialności wyłącznie na dzieci.
– „Dzieciaki ciężko karać, one się po prostu uczą od trenera” – mówi.
Czasem więc szkoleniowiec na campie nie poprawia błędu, który powstał przed chwilą. Widzi nawyk utrwalany przez wcześniejsze miesiące treningów. Im dłużej zawodnik wykonywał ruch w określony sposób, tym trudniej będzie go zmienić jedną uwagą.

Trener też musi być gotowy się uczyć
Ten mechanizm działa w obie strony. Gabriela Owczarek, zapytana o osobę, która szczególnie zwróciła jej uwagę podczas campu, nie wskazuje zawodnika. Mówi o innych szkoleniowcach.
– „Podglądając pracę innych trenerów sama jestem w stanie się bardzo dużo nauczyć” – przyznaje.

Karolina Wolak również podkreśla, że z wyjazdu zabiera dla siebie wiedzę pochodzącą nie tylko od instruktorów, ale nawet od samych dzieci. Camp staje się więc przestrzenią, w której trener przekazuje wiedzę zawodnikowi, ale jednocześnie sam obserwuje, porównuje metody i może wrócić do własnego klubu z innym sposobem pracy.
Jedna wskazówka ma przeżyć dłużej niż kilka dni
Dawid Sołtys podczas zajęć stuntowych chce, żeby przy zawodnikach byli także ich trenerzy klubowi. Nie chodzi wyłącznie o to, by zobaczyli wykonany element.
– „Proszę też trenerów tych drużyn o to, żeby byli przy mnie i żebym mógł im wytłumaczyć, co tu poszło nie tak, jak to poprawić, na czym skupiać się na treningach” – mówi.
Ma świadomość, że nawet duża intensywność campu nie pozwala dopracować wszystkiego.
– „Mamy za mało czasu, żeby wszystko doszlifować idealnie” – przyznaje.
Dlatego wiedza ma wrócić razem z zawodnikiem do jego klubu i pracować dalej przez następny sezon.
Czasem najtrudniejszą decyzją jest powiedzieć „stop”
Praca trenera nie kończy się jednak na znalezieniu błędu i sposobu jego poprawienia. Przy dużej intensywności zajęć pojawia się jeszcze jedna odpowiedzialność: rozpoznanie momentu, w którym kolejna próba przestaje pomagać.
Gabriela Owczarek przyznaje, że szczególnie trudni są zawodnicy, którzy sami nie chcą się zatrzymać.
– „Znam zawodników, którzy zacisną zęby i będą chcieli robić swoją pracę dalej” – mówi.

Nie każdy przyzna, że coś boli albo że organizm jest już przeciążony. Trener musi więc ponownie wrócić do obserwacji.
Owczarek opisuje, że zaczyna porównywać to, co widzi teraz, z obrazem zawodnika zapamiętanym z poprzednich treningów. Jeśli wcześniej był energiczny, a po kilku jednostkach zachowuje się zupełnie inaczej, pojawia się sygnał ostrzegawczy.
To kolejna część pracy niewidoczna z zewnątrz. Trener ocenia nie tylko, czy zawodnik może wykonać element, ale także czy w danym momencie powinien wykonywać go dalej.

Karolina Wolak także widziała podczas campu momenty kryzysu.
– „Ciało jest zmęczone, głowa jest zmęczona” – mówi.
Po odpoczynku zawodnicy wracali jednak na zajęcia i ponownie skupiali się na pracy. Wolak zwraca przy tym uwagę na znaczenie dyscypliny i systematyczności. Trener może wskazać drogę, ale nie przejdzie jej za zawodnika.
– „Trener jest od tego, żeby te dzieci nakierunkować, żeby im pokazać. Ale jeśli to dziecko nie będzie mieć samodyscypliny, to nie ma możliwości, że ono będzie stawało się lepsze” – podkreśla.
Podsumowuje to krótko: „Taniec to pasja. Jednak dyscyplina to sukces”.

Nie każdy progres widać w technice
Najciekawsze zmiany podczas kilku dni nie zawsze dotyczą jednak tego, jak wysoko ktoś skacze albo jak wykonuje element.
Agata Kostrzyńska obserwowała własne zawodniczki, które na początku campu – jak mówi – zostały rzucone na głęboką wodę. Pojawił się stres, niepewność i świadomość obecności innych, czasem bardziej zaawansowanych osób.
Po kilku dniach zobaczyła coś innego.
– „One po prostu pracują i one są pewne siebie, i one nie zważają uwagi na nic innego, tylko pracują, pracują i pracują” – mówi.

Szczególnie zapamiętała zmianę od niepewności do myślenia: „ej, nikt na mnie nie patrzy, po prostu będę robić dalej”.
– „Potrzebowałam, żeby one zobaczyły, jak inni pracują, jak inni trenerzy, ponieważ to wyciąga ich z tego takiego ich bezpiecznego gniazda” – tłumaczy.
W przypadku zawodniczek Kostrzyńskiej największą zmianą nie był więc nowy element, lecz sposób funkcjonowania na sali. Zamiast sprawdzać, kto jest lepszy i kto patrzy, zaczęły skupiać się na własnym zadaniu.
To właśnie może być jedna z odpowiedzi na pytanie, co trener jest w stanie zrobić w kilka dni. Nie przebudować całej techniki, lecz stworzyć warunki, w których zawodnik zaczyna pracować inaczej.

Ola nie pyta, czy jest wystarczająco dobra
Kostrzyńska szczególnie zwróciła uwagę na najmłodszą zawodniczkę swojej grupy – siedmioletnią Olę. Nie dlatego, że wykonywała najbardziej skomplikowane elementy.
– „Nie zadaje sobie pytań: ‘a czy ja jestem wystarczająco dobra, żeby to zrobić?’. Nie, ona po prostu robi” – mówi trenerka.
Wolak widzi ważną cechę w niektórych zawodniczkach. Podczas zajęć z różnych stylów i zauważyła, jak łatwo potrafią zmieniać sposób pracy ciała, postawę czy mimikę.
– „Są jak kameleon. One się po prostu zamieniają” – mówi.
Obie obserwacje pokazują, że trener nie patrzy wyłącznie na braki. Szuka również tego, co może stać się przewagą zawodnika – pewności siebie, wszechstronności, zdolności adaptacji.
„Też miałem z tym problem”
Dawid Sołtys wnosi do tej pracy jeszcze jedną perspektywę. Sam wciąż jest zawodnikiem, dlatego niektóre problemy podopiecznych zna również z własnego doświadczenia.
Jak mówi, trener, który sam wcześniej przechodził podobną drogę, może podejść do zawodnika i powiedzieć: „też miałem z tym problem”. Następnie podpowiedzieć, co w jego przypadku pomogło.
Sołtys uważa, że ma to również znaczenie dla zaufania.
– „Trener, który jest też zawodnikiem, daje fajny przykład dzieciom i dzieci jeszcze bardziej mu ufają, bo widzą, że on to praktykuje” – mówi.
Camp się kończy, diagnoza zostaje
Po kilku dniach nie każdy zawodnik wyjedzie z nowym elementem. Jeden poprawi techniczny detal. Drugi zrozumie, dlaczego od miesięcy coś mu nie wychodziło. Ktoś inny pierwszy raz przestanie oglądać się na osobę stojącą obok i skupi się na własnej pracy.
Dawid Sołtys nie ukrywa, że camp nie daje czasu na dopracowanie wszystkiego do perfekcji. Dlatego chce zostawić zawodnikom i ich trenerom wiedzę, którą będą mogli rozwijać w kolejnych miesiącach. Agata Kostrzyńska przypomina natomiast, że fundamenty wymagają „milionów powtórzeń”, a ciało potrzebuje lat, żeby naprawdę je zapamiętać.

W tym sensie kilka dni nie ma zastąpić sezonu. Camp może jednak skrócić drogę do właściwego pytania: nie „ile razy jeszcze powtórzyć?”, ale „co dokładnie trzeba zmienić?”.
Sołtys, wspominając własne sportowe wyjazdy, mówi:
– „W trakcie sezonu tworzymy zawodników, a w trakcie campów i różnych wyjazdów tworzymy zespoły”.

Pierwszy letni camp PZSC pokazał jeszcze jeden wymiar tej pracy. Zanim powstanie zespół i zanim pojawi się wynik, trener musi nauczyć się widzieć pojedynczego zawodnika – jego technikę, nawyk, sposób uczenia się, zmęczenie, moment zwątpienia, ale też potencjał.
Kilka dni może nie wystarczyć, żeby zakończyć ten proces. Może jednak wystarczyć, żeby rozpocząć go we właściwym miejscu. I czasem właśnie to jest najważniejszym krokiem na kolejny poziom.
