
Kilka sekund. Flyer odrywa się od maty i na moment cały ciężar jego ciała znajduje się w cudzych dłoniach. Pod spodem stoją ci, których zadaniem nie jest tylko podnieść go wyżej, ale też utrzymać, zabezpieczyć i złapać, gdy coś pójdzie nie tak. W polskim cheerleadingu mężczyźni nie są dodatkiem do zespołu. Są zawodnikami, trenerami, szkoleniowcami, sędziami i liderami. Z okazji Dnia Chłopaka zaglądamy do świata, w którym męską siłę rzeczywiście można zobaczyć – ale jej najważniejszej części nie da się zmierzyć ani kilogramami, ani wysokością wyrzutu.

Najpierw widzisz siłę
Cheerleading potrafi oszukać oko. To, co z trybun wygląda jak kilka sekund lekkości, na treningu oznacza setki powtórzeń. Wyrzut musi nastąpić w odpowiednim momencie. Chwyt nie może być przypadkowy. Każdy w konstrukcji musi wiedzieć, gdzie za moment znajdzie się ciało drugiego człowieka.
Wzrok widza niemal automatycznie ucieka w górę. Tam jest flyer. To on odrywa się od ziemi, staje na cudzych dłoniach i ląduje w ramionach zespołu. Tam dzieje się to, co najbardziej widowiskowe.
Znacznie łatwiej przeoczyć ludzi stojących niżej, a przecież bez nich nie byłoby lotu.

Szymon Guzy, trener z wieloletnim doświadczeniem w akrobatyce, mówi o backspotterach – zawodnikach, którzy pozostają z tyłu konstrukcji i odpowiadają za asekurację. To niekoniecznie oni zbierają największe brawa.
– “Czasami trzeba przyjąć drugą osobę na klatkę piersiową albo nawet na głowę, żeby cała reszta drużyny mogła działać dalej. Spotterzy nieraz dosłownie i w przenośni trzymają całe piramidy na swoich barkach” – mówi.
To jeden z tych obrazów, które szybko rozprawiają się z wyobrażeniem cheerleadingu jako lekkiej oprawy innych wydarzeń sportowych, bo tutaj ciężar naprawdę spada na czyjeś barki.
Mężczyzna nie jest dodatkiem do drużyny
Polski cheerleading sportowy to dziś środowisko liczące około 10 tysięcy zawodników skupionych w około 80 klubach. W oficjalnej rywalizacji funkcjonują konkurencje drużyn mieszanych, m.in. Cheer Coed i Group Stunt Coed, a także Partner Stunt Coed czy Cheer Solo.
Męską obecność widać również na arenie międzynarodowej. Podczas mistrzostw Europy ICU w Pradze w 2026 roku polskie zespoły zdobyły brązowe medale w Junior Coed Advanced oraz Senior Coed Elite, a Youth Coed Median zakończył rywalizację na czwartym miejscu.
Mężczyzna w cheerleadingu nie jest więc ciekawostką.
– “Coraz większa część społeczeństwa zaczyna naturalnie przyjmować, że mężczyzna w cheerleadingu jest czymś absolutnie normalnym” – mówi Leszek Cichocki, prezes Polskiego Związku Sportowego Cheerleadingu. – “Mamy coraz więcej zawodników, ale też sędziów i działaczy”.

Zmienia się nie tylko liczba mężczyzn w tej dyscyplinie, lecz także sposób patrzenia na ich rolę.
– “Kiedy zaczynałem zajmować się cheerleadingiem, patrzyłem na niego zupełnie inaczej niż dzisiaj. Po tych latach widzę, jak dużą odpowiedzialność mają mężczyźni w tym sporcie i z czym, poza stereotypami, muszą się mierzyć” – mówi Cichocki.
Najpierw widać mięśnie. Z czasem zaczyna się dostrzegać wszystko to, co trzeba unieść razem z nimi.
Nie przyszli niczego udowadniać
Grzegorz Matusiak nie pamięta wielkiego przełomu ani dziecięcego postanowienia, że zostanie cheerleaderem. Pamięta za to nauczycielkę wychowania fizycznego. Był w podstawówce, kiedy zapytała go, czy nie chciałby przyjść na trening i po prostu zobaczyć, o co chodzi. Przyszedł.
– “Tak mi się spodobało, że zostałem na następne dziesięć lat” – wspomina.
Kacpra Szafrańca od zawsze ciągnęło natomiast do tańca. Oglądał filmy, obserwował tancerzy, a do pierwszego treningu zachęciła go starsza siostra. Od 2018 roku jest związany z Checz Cheerleaders Gdynia.
– “Czułem wielką ekscytację, ale też stres związany z nowym miejscem. Zdecydowałem się spróbować dzięki siostrze, która od początku wierzyła w moje możliwości” – mówi.

Na początku wcale nie zastanawiał się nad tym, czy cheerleading „pasuje” do chłopaka. To pytanie przyniosło dopiero otoczenie.
– “Dopiero po czasie zacząłem się zastanawiać, czy koledzy zaakceptują sport, który trenuję. Większość reagowała bardzo dobrze, wspierali mnie, ale wiele razy spotkałem się też z hejtem. Zdarzało się, że starsi mnie wyzywali i próbowali publicznie ośmieszyć. Mimo wszystko nie przejmowałem się tym i szedłem dalej”.
Najłatwiej byłoby opowiedzieć o takich chłopakach wyłącznie jako o tych, którzy „przełamują stereotypy”. Tyle że oni nie przyszli na salę po to, żeby prowadzić społeczną rewolucję. Przyszli trenować.
Grzegorz po dekadzie w tym sporcie widzi jedną z barier bardzo wyraźnie.
– “Wielu chłopaków powstrzymuje to, że myślą, iż ten sport to przede wszystkim machanie pomponami”– mówi.
Wystarczyłoby zobaczyć dobry trening, żeby ten obraz rozsypał się bardzo szybko.
Moc zmienia możliwości zespołu
Bartosz Penkala, Krajowy Dyrektor ds. Szkoleń PZSC, nie omija oczywistego tematu. Fizyczność mężczyzn może w niektórych konkurencjach realnie zmieniać możliwości drużyny.
– “Mężczyzna w drużynie cheerleadingu sportowego to zupełnie inna energia. Siła, moc, postawa i stabilność dają możliwość rozwoju i wykonywania trudniejszych elementów akrobatycznych czy gimnastycznych” – tłumaczy.
Nie chodzi jednak o sprowadzenie zawodnika do roli „tego od dźwigania”. Cheerleading wymaga techniki, koordynacji, mobilności, wyczucia czasu, świadomości ciała i umiejętności pracy z drugim człowiekiem. Siła ma znaczenie. Ale bardzo szybko okazuje się, że sama nie wystarcza.

Najważniejsze jest to, kogo trzymasz
– “Cheerleading to sport zespołowy. Budujemy w nim jedność i odpowiedzialność za siebie nawzajem – mówi Penkala. – Inna jest rola bazy, inna flyera, inna spottera. Jasne określenie tych ról i egzekwowanie właściwego zachowania daje nam bezpieczeństwo, którego potrzebujemy”.
Szymon Guzy mówi jeszcze bardziej dosadnie:
– “Siły i odpowiedzialności bardzo trudno od siebie oddzielić. Dla mnie odpowiedzialność za drugą osobę jest pierwsza. Trzeba pamiętać, że od naszych decyzji i czynów może zależeć jej zdrowie”.

W cheerleadingu zaufanie przestaje być pustym słowem z motywacyjnej przemowy trenera. Ma ciężar konkretnego ciała. Ktoś pozwala wyrzucić się w powietrze, ponieważ wierzy, że ludzie stojący niżej wykonają swoją pracę.
– “Męska odpowiedzialność jest nie tylko w sile, ale również w dbałości o dobro zespołu” – podkreśla Leszek Cichocki.
Można być najmocniejszym człowiekiem na sali. Jeśli jednak inni nie mogą na tobie polegać, sama siła niewiele znaczy.
Facet, który mówi: „boję się”
Szymon Guzy przez lata trenował akrobatykę. Przywykł do wysokich wymagań wobec siebie. Sam przyznaje, że jest perfekcjonistą. Proszenie o pomoc przychodzi mu znacznie trudniej.
– “Bardzo rzadko przyznaję się do własnej słabości i proszę kogoś o pomoc” – mówi.
Na jednym z ostatnich treningów stanął jednak przed elementem, którego się bał. Mógł milczeć. Spróbować za wszelką cenę. Zachować pozory pewności siebie. Zrobił coś innego.
– “Przyznałem, że się boję. Na szczęście drużyna mi pomogła i razem udało nam się ten strach przezwyciężyć”.
W sporcie tak fizycznym jak cheerleading słowa „boję się” mogłyby zostać uznane za przyznanie do słabości. Tutaj bywają przejawem czegoś zupełnie innego: świadomości własnych granic i odpowiedzialności za innych.
Grzegorz Matusiak przyznaje, że sam kiedyś definiował silnego mężczyznę znacznie prościej.
– “Kiedyś oznaczał dla mnie głównie faceta silnego fizycznie. Dzisiaj jest to mężczyzna, który jest silny również psychicznie”.
I dodaje:
– “Cheerleading może pokazać chłopakom coś innego niż „nie pokazuj słabości”. Może nauczyć, że prawdziwą siłą jest poprosić kogoś o pomoc, kiedy się jej potrzebuje”.
W świecie, w którym wykonanie jednego elementu może wpływać również na bezpieczeństwo partnera, uczciwa ocena własnych możliwości przestaje być oznaką słabości. Staje się częścią odpowiedzialności.
Ego nie utrzyma piramidy
Szymon dobrze zna sport indywidualny. To właśnie dlatego tak wyraźnie widzi różnicę, którą przyniósł mu cheerleading.
– “Ten sport przede wszystkim nauczył mnie działania w drużynie. Jeśli nie ufamy partnerowi albo partnerce, nic z tego nie będzie” – mówi.
Nie ukrywa, że lubi rywalizację i moment, kiedy wszystko wychodzi dokładnie tak, jak zostało zaplanowane. Wie jednak również, że w pewnych sytuacjach siła jednego zawodnika ma sens tylko wtedy, gdy służy całej grupie.
– “Czasami trzeba schować własne ego do kieszeni i pomóc osobie z drużyny” – przyznaje.
Piramida nie pyta, kto ma największe ambicje. Stunt nie udaje się dlatego, że jedna osoba chce go najmocniej. Rezultat jest wspólny – podobnie jak konsekwencje błędu.
Bartosz Penkala nazywa to „team spirit”.
– “Uczy pracowitości, punktualności i odpowiedzialności za siebie oraz za innych. Przede wszystkim uczy współdziałania w zespole” – mówi.
W cheerleadingu trudno długo grać samotnego bohatera. Ktoś musi zrobić miejsce dla drugiego. Ktoś przejąć jego ciężar. Ktoś pomóc. Ktoś przyznać, że tym razem potrzebuje pomocy sam. I dopiero wtedy kilka osób zaczyna wyglądać jak jeden zespół.
Nie tylko barki. Także emocje
Kacper miał kiedyś problem, który nie miał nic wspólnego z tym, czy jest wystarczająco silny. Bał się mimiki.
– “Przerażała mnie mimika przed widownią” – przyznaje.
Trzeba stanąć przed publicznością, wejść w rolę, zatańczyć i pokazać emocję twarzą oraz ciałem. Dla młodego chłopaka, który wie już, że jego sport bywa oceniany przez innych, może się to okazać trudniejsze niż kolejna seria fizycznych ćwiczeń.
Dziś Kacper mówi:
– “Jestem pewny siebie. Cieszę się, że mogę przekazywać emocje młodszej publiczności”.

Bartosz Penkala zauważa, że szczególnie zawodnicy związani z konkurencjami tanecznymi mogą nadal napotykać opór wynikający ze stereotypowego myślenia o tym, co jest „męskie”.
– “Niektóre środowiska wciąż pewnych zachowań nie postrzegają jako męskich. Ale bez względu na to, czy ktoś wybiera konkurencje taneczne, czy akrobatyczne, każdy mężczyzna może znaleźć w cheerleadingu swoje miejsce” – podkreśla.
Kacper nie nabrał pewności siebie dlatego, że nauczył się emocje ukrywać. Nabrał jej, kiedy przestał się bać je pokazywać.
Najpierw szukasz wzoru. Potem sam nim zostajesz
Kiedy Kacper mówi o swojej największej satysfakcji, nie zaczyna od medali. Nie wymienia trudnego elementu ani konkretnego podium. Mówi o młodszych.
– “Najbardziej satysfakcjonuje mnie to, że mogę być dla nich wzorem. Dzieci patrzą na mnie w sposób, którego nie da się opisać. To rozczula mnie najbardziej”.

Jest w tej historii coś symbolicznego. Najpierw sam potrzebował kogoś, kto powie mu: spróbuj. Tym kimś była starsza siostra. Później musiał nauczyć się ignorować ludzi, którzy próbowali go zawstydzić. Dzisiaj sam może być dla kolejnego chłopaka odpowiedzią na pytanie: „czy ja też mogę?”.
W cheerleadingu taka droga może prowadzić znacznie dalej niż sportowa kariera. Zawodnik zostaje trenerem. Trener bierze odpowiedzialność za innych zawodników. Szkoleniowiec odpowiada za jakość pracy kolejnych trenerów. Sędzia – za standard rywalizacji. Działacz – za warunki rozwoju dyscypliny. Zmieniają się role. Zostaje odpowiedzialność za ludzi.

Leszek Cichocki mówi o niej dziś już z perspektywy całego środowiska.
– “To odpowiedzialność za innych działaczy, trenerów, sędziów, system edukacji, sposób weryfikacji szkolenia i cały plan rozwoju cheerleadingu w Polsce” – mówi.
W pewnym sensie działa tu ten sam mechanizm, który widać podczas stuntu. Na początku podnosi się jednego człowieka. Z czasem można zacząć podnosić cały zespół.
Silny facet nie robi wszystkiego sam
Szymon Guzy po latach treningów dochodzi do definicji, która dobrze podsumowuje doświadczenie ludzi spotkanych w tej historii.
– “Silny facet to nie ten, który chce zrobić wszystko sam. To ten, który chce zrobić wielkie rzeczy z innymi”.
I może dlatego mężczyźni polskiego cheerleadingu tak łatwo wymykają się prostym definicjom. Są silni, ale ich największą wartością nie jest to, ile potrafią unieść. Są odważni, ale nie dlatego, że niczego się nie boją. Są ambitni, ale wiedzą, kiedy odsunąć własne ego. Potrafią stanąć w centrum uwagi, a innym razem zostać z tyłu i pilnować, żeby ktoś bezpiecznie wylądował.

W sporcie, w którym człowiek naprawdę oddaje swój ciężar w ręce drugiego człowieka, zaufanie ma bardzo konkretny wymiar. Na górze konstrukcji znajduje się ten, którego widzą wszyscy. Na dole stoją ci, bez których nie znalazłby się tam nawet na sekundę.
Kacper kiedyś potrzebował siostry, która uwierzyła, że warto spróbować – dziś sam może dawać odwagę młodszym. Szymon przyszedł tylko zobaczyć trening – został na dziesięć lat. Grzegorz nauczył się, że odpowiedzialność może być ważniejsza od ambicji.
Każdy z nich na swój sposób pokazuje, że siła nie musi oznaczać bycia tym, który zawsze stoi najwyżej. Czasami znacznie więcej znaczy być człowiekiem, dzięki któremu inni mogą znaleźć się wyżej.
Świat należy do ludzi odważnych
Z okazji Dnia Chłopaka można byłoby życzyć im kolejnych sukcesów, medali i spełnionych sportowych ambicji. Jednak po rozmowach z mężczyznami polskiego cheerleadingu wydaje się, że ważniejsze jest coś jeszcze: odwaga, by wybrać własną drogę i pozostać przy niej niezależnie od opinii innych.
Kacper Szafraniec, który sam przekonał się, jak łatwo cudze komentarze mogą próbować odebrać radość z pasji, dziś mówi o tym bez wahania:
– “Ludziom nigdy nie da się dogodzić. Jeśli czujesz, że to właśnie to, idź w to, co kochasz”.
Podobnie patrzy na to Leszek Cichocki. Prezes PZSC, obserwujący od lat kolejne pokolenia zawodników wchodzących do tego sportu, chłopakowi stojącemu dziś przed drzwiami pierwszej sali treningowej powiedziałby przede wszystkim jedno:
– “Świat należy do ludzi odważnych. Zaufaj i spróbuj. Może nie będzie to twoja główna dyscyplina, ale możesz poznać sport, który stanie się twoim drugim domem. Możesz doświadczyć rzeczy, o których wcześniej nawet nie marzyłeś”.
Być może właśnie to najlepiej łączy mężczyzn z tej historii. Każdy z nich wszedł do cheerleadingu inną drogą, każdy znalazł w nim coś własnego. Dziś jedni walczą o kolejne sportowe cele, inni szkolą następnych zawodników, sędziują, prowadzą kluby albo odpowiadają za rozwój całej dyscypliny. Nie muszą już nikomu udowadniać, że jest to również ich miejsce.
Są w nim, bo kiedyś mieli odwagę spróbować. Zostali, bo znaleźli coś, o co warto było walczyć. Dziś swoją obecnością pokazują kolejnym chłopakom, że czasem najważniejszy krok w sporcie zaczyna się jeszcze przed wejściem na matę — od decyzji, żeby pójść własną drogą.
